Miałem takie nieszczęście, aż żal mi siebie samego, znaleźć to przeklęte pudełko. Ogryzam sobie palce, odgryzam dłonie, odrywam ramiona.
Sięgam mimo kurwa wszystko i otwieram tę upiorną, czerwoną puszkę z której odłazi farba. Płatki pordzewiałego plastiku kleją mi się do dłoni, które zadziwiająco szybko spotniały mi z wrażenia.
Otwieram to cholerne pudełko, puzderko, pojemniczek. Otwieram nienawidząc się za to, nienawidząc ją za nie, nienawidzę świata, chcę krzyczeć, otwieram je i padam na kolana.
Bogowie, cóż za przaśny widok. Kretyn klęczący na środku salonu płacze jak na pogrzebie własnej matki, trzyma w rękach stalową puszkę po duńskich ciasteczkach, a ze środka jak pióra z rozerwanej poduszki sypią się te jej cholerne skrawki.
Wszędzie pisała te cholerne skrawki. Pisała i chowała po kieszeniach. Pisała i śmiała się pięknie, kiedy pytałem co to. Śmiała się, mrugała oczami, tymi pieprzonymi szarymi oczami, a ja kiwałem głową i miałem wyjebane.
Jej już niema. Mnie niema. Niczego kurwa.
Kurwa.
niedziela, 13 listopada 2011
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
