Miałem takie nieszczęście, aż żal mi siebie samego, znaleźć to przeklęte pudełko. Ogryzam sobie palce, odgryzam dłonie, odrywam ramiona.
Sięgam mimo kurwa wszystko i otwieram tę upiorną, czerwoną puszkę z której odłazi farba. Płatki pordzewiałego plastiku kleją mi się do dłoni, które zadziwiająco szybko spotniały mi z wrażenia.
Otwieram to cholerne pudełko, puzderko, pojemniczek. Otwieram nienawidząc się za to, nienawidząc ją za nie, nienawidzę świata, chcę krzyczeć, otwieram je i padam na kolana.
Bogowie, cóż za przaśny widok. Kretyn klęczący na środku salonu płacze jak na pogrzebie własnej matki, trzyma w rękach stalową puszkę po duńskich ciasteczkach, a ze środka jak pióra z rozerwanej poduszki sypią się te jej cholerne skrawki.
Wszędzie pisała te cholerne skrawki. Pisała i chowała po kieszeniach. Pisała i śmiała się pięknie, kiedy pytałem co to. Śmiała się, mrugała oczami, tymi pieprzonymi szarymi oczami, a ja kiwałem głową i miałem wyjebane.
Jej już niema. Mnie niema. Niczego kurwa.
Kurwa.
niedziela, 13 listopada 2011
niedziela, 12 czerwca 2011
Nigdy nie sprawdzi
"(...) I nie powiem Ci co robisz źle. Musisz wyleczyć stan zapalny w swojej głowie."
Michał Szarzyński. Lat 27. Wyrok: cztery lata w zawieszeniu na siedem.
- Szukałeś ich?
Oczywiście, że szukałeś. Co to w ogóle za pytanie? Pełny dobrostan psychiczny i fizyczny, pamiętaj. Inaczej lęki skonsumują Twoją psychikę.
- Nie.
- Dlaczego?
Bo to kurwy. Oni tacy byli! Psy społeczne. Nie warto o nich myśleć a co dopiero po nich płakać...
Odpowiadam milczeniem. Czemu ich nie szukałem? Pamiętam tę chwilę kiedy szwed z uśmiechem wszedł do mojego mieszkania po raz pierwszy.
Michał Szarzyński. Lat 27. Wyrok: cztery lata w zawieszeniu na siedem.
- Szukałeś ich?
Oczywiście, że szukałeś. Co to w ogóle za pytanie? Pełny dobrostan psychiczny i fizyczny, pamiętaj. Inaczej lęki skonsumują Twoją psychikę.
- Nie.
- Dlaczego?
Bo to kurwy. Oni tacy byli! Psy społeczne. Nie warto o nich myśleć a co dopiero po nich płakać...
Odpowiadam milczeniem. Czemu ich nie szukałem? Pamiętam tę chwilę kiedy szwed z uśmiechem wszedł do mojego mieszkania po raz pierwszy.
czwartek, 31 marca 2011
Jeszcze jeden dzień bez końca
Z krawężnika obserwuje ciągły ruch zatrutego snami miasta. Znów wypluło mnie własne mieszkanie, nie mogąc słuchać jęków zarzyganych moimi słowami kartek.
Już nigdy więcej.
Dookoła tylko smród wysranego życia, bezpańskie koty i bóg utulony z niedopałków i sylwestrowych petard, w którego, ja pierdolę, wierze.
Chciałby móc Ci przysięgać, obiecywać, że nigdy więcej. Że będzie tulił. Wyprze się kolorowego świata narkotyków i zostanie z Tobą w Twoim niedoskonałym, papierowym, zwykłym życiu. Chciałby.
Ale nie potrafi.
Od kata do kąta od okna do drzwi. Dwadzieścia metrów kwadratowych jego osoby i zapach tuszu rozmazanego brzegiem dłoni na kartce.
Czego się spodziewałaś? Sama nazwałaś go artystą.
Już nigdy więcej.
Dookoła tylko smród wysranego życia, bezpańskie koty i bóg utulony z niedopałków i sylwestrowych petard, w którego, ja pierdolę, wierze.
Chciałby móc Ci przysięgać, obiecywać, że nigdy więcej. Że będzie tulił. Wyprze się kolorowego świata narkotyków i zostanie z Tobą w Twoim niedoskonałym, papierowym, zwykłym życiu. Chciałby.
Ale nie potrafi.
Od kata do kąta od okna do drzwi. Dwadzieścia metrów kwadratowych jego osoby i zapach tuszu rozmazanego brzegiem dłoni na kartce.
Czego się spodziewałaś? Sama nazwałaś go artystą.
wtorek, 13 kwietnia 2010
Między dniem, a snem.
Biegłem co sił w nogach,
łapiąc Twoje łzy przeklęte, łapiąc je w dłonie jak szalone ptaki,
które gniewnie rozdziobywały moją skórę słonym kropel kwasem.
Biegłem do Ciebie z naiwnością upośledzonego dziecka,
potykając się o bruk Twoich kolan,
rozbijając czoło o próg Twoich piersi.
Zawsze brakowało mi Ciebie bardziej, zawsze czułem wszystko mocniej.
Powiedz tylko, czemu teraz, kiedy płaczesz ukryta pod pierzyną moich włosów, nosa i ust,
czemu teraz jest mi tak cholernie wszystko jedno.
łapiąc Twoje łzy przeklęte, łapiąc je w dłonie jak szalone ptaki,
które gniewnie rozdziobywały moją skórę słonym kropel kwasem.
Biegłem do Ciebie z naiwnością upośledzonego dziecka,
potykając się o bruk Twoich kolan,
rozbijając czoło o próg Twoich piersi.
Zawsze brakowało mi Ciebie bardziej, zawsze czułem wszystko mocniej.
Powiedz tylko, czemu teraz, kiedy płaczesz ukryta pod pierzyną moich włosów, nosa i ust,
czemu teraz jest mi tak cholernie wszystko jedno.
piątek, 9 kwietnia 2010
A deszcz napierdalał jak durny.
A deszcz napierdalał jak durny.
Nawet po wyłączeniu światła widziałem miejsce, w którym ciemność zgasiła jej oczy. Usłyszałem szelest jej skóry i znów to poczułem. Charakterystyczny zapach, nostalgiczne wspomnienie z młodości. Dobrze znam ten zapach; wyciągnąłem rękę natrafiając na poduszki jej piersi. To stąd wypełzła ta kulka ciepła i potu, tocząc woń jej cipy. Przez chwilę wybuch mi w głowie wulkan wspomnień, szalona rapsodia doznań i znów to stare, znajome poczucie wiecznej nieskończoności. Wiecznej...
Szelest jej skóry znów przerwał ciszę, a ja, jak pierdolona zgwałcona cyganka, wbiłem tęskny wzrok w ciemność, chcąc wyżebrać przecież nie więcej jak małe jebanie. Tylko skąd ona mogła o tym wiedzieć.
Nie trudno mi się domyślić, że jej piekielne oczy nie trawią ciemności jak moje i fiut, gdyby miał głos, jęknąłby mi wtedy ze smutkiem jak spaniel przed sklepem mięsnym. Przed kiełbasą.
Wielką, gorącą, soczystą kiełbasą. Ociekającą sosem kiełbasianym, pachnącą jak, o jasny skurwysynu, niebo.
I jedyne co wtedy się dla niej liczyło, a pamiętam to kurwa jak dziś, to to, czym wybrzmiało tamto pojedyncze zdanie. Choć niech chuj mnie strzeli jeśli to było zdanie.
- Ciągle pada. - powiedziała;
skojarzyło mi się to wtedy bynajmniej z jakąś marną popową czy harcerską piosenką, tak, jak zapewne skojarzyłbym to dziś.
Wtedy pomyślałem:
Nawet po wyłączeniu światła widziałem miejsce, w którym ciemność zgasiła jej oczy. Usłyszałem szelest jej skóry i znów to poczułem. Charakterystyczny zapach, nostalgiczne wspomnienie z młodości. Dobrze znam ten zapach; wyciągnąłem rękę natrafiając na poduszki jej piersi. To stąd wypełzła ta kulka ciepła i potu, tocząc woń jej cipy. Przez chwilę wybuch mi w głowie wulkan wspomnień, szalona rapsodia doznań i znów to stare, znajome poczucie wiecznej nieskończoności. Wiecznej...
Szelest jej skóry znów przerwał ciszę, a ja, jak pierdolona zgwałcona cyganka, wbiłem tęskny wzrok w ciemność, chcąc wyżebrać przecież nie więcej jak małe jebanie. Tylko skąd ona mogła o tym wiedzieć.
Nie trudno mi się domyślić, że jej piekielne oczy nie trawią ciemności jak moje i fiut, gdyby miał głos, jęknąłby mi wtedy ze smutkiem jak spaniel przed sklepem mięsnym. Przed kiełbasą.
Wielką, gorącą, soczystą kiełbasą. Ociekającą sosem kiełbasianym, pachnącą jak, o jasny skurwysynu, niebo.
I jedyne co wtedy się dla niej liczyło, a pamiętam to kurwa jak dziś, to to, czym wybrzmiało tamto pojedyncze zdanie. Choć niech chuj mnie strzeli jeśli to było zdanie.
- Ciągle pada. - powiedziała;
skojarzyło mi się to wtedy bynajmniej z jakąś marną popową czy harcerską piosenką, tak, jak zapewne skojarzyłbym to dziś.
Wtedy pomyślałem:
"jaka ona jest zajebiście samotna. "
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
